sobota, 9 sierpnia 2008

Moje mieszkanie

Zakwaterowanie mam świetne. Po pierwsze mieszkam w centrum Kopenhagi i płace za to jeszcze mniej niż niektórzy mieszkający na przedmieściach. Po drugie mam świetną landlaidy, z która jak na razie świetnie mi się żyje. Sama jest z resztą szwedką a nie dunką. Widok na okno mojego pokoju wygląda następująco:

Samo mieszkanie jeżeli nie jest antyczne to co najmniej stare. Sama winda jest z... 1917 roku. Cały zaś budynek pochodzi z XIX wieku. Na początku tygodnia chodziłem wszędzie na piechotę bo miałem na tyle blisko (a komunikacja miejska w Kopenhadze jest makabrycznie droga, bilet jednorazowy kosztuje jakieś 8,5 złotego!).

niedziela, 3 sierpnia 2008

Pierwsze dni

Moja wycieczkę zacząłem od podróży samolotem z Warszawy do Kopenhagi. I celem dobrego nastrojenia mnie najpierw samolot spóźnił się 20 minut, potem jeszcze czekaliśmy na lotnisku. Leciałem w sumie może z godzinę i była to najkrótsza część całego przemieszczania się zważywszy, że miałem o tym okazje czekać ponad godzinę na mój bagaż (a raczej dwa ponad dwudziestokilowe bagaże) na lotnisku w Kopenhadze. Pogłoski o duńskim porządku są jak widać lekko przesadzone. Wracając do tematu samolotu to się całkiem uśmiałem gdyż leciałem liniami norvegian, które jak nazwa wskazuje są norweskie, natomiast obsługa, menu, piloci nawet piwo (żywiec!) było polskie. Samolot leciał z Warszawy do Kopenhagi a informacje były tylko po polsku i angielsku. To z przyjemnych rzeczy. A oto i pierwszy widok Danii z lotu ptaka:
A z mniej przyjemnych rzeczy, jeden z moich bagaży, plecak konkretnie, został przez obsługę lotniska tak zdewastowany, że zostały pourywane w nim uchwyty i nie mogłem nieść go na plecach. W efekcie w okolicach godziny dwudziestej trzeciej wędrowało przez centrum Kopehagii coś przypominającego postać ludzką z walizka, wielkim i mały plecakiem i to byłem ja. Myślałem, że nie dojdę (miałem w sumie jakieś 60 kg do przeniesienia - metro pod sam dom mi nie podjeżdża). Dawno nikogo tak nie skląłem jak tych gości z lotniska. Inna sprawa, że gdyby bym normalny to bym wziął taksówkę, ale w końcu zdecydowałem się sam na metro i dojście. O godzinie 23.18 stanąłem przed moją kamienicą na ulicy Esplanaden dzwoniąc do niej a przy okazji chyba budząc sąsiada (mieli takie same nazwisko a numerów mieszkań brak). Po kilku minutach z góry zeszła moja nowa landlady zapraszając mnie do środka. A o tym będzie już następny wpis.

P.S. Dopóki nie mam regularnego połączenia do internetu (założę go gdy załatwię wszystkie papiery) to wpisy będą ukazywały się z drobnym opóźnieniem.