A z mniej przyjemnych rzeczy, jeden z moich bagaży, plecak konkretnie, został przez obsługę lotniska tak zdewastowany, że zostały pourywane w nim uchwyty i nie mogłem nieść go na plecach. W efekcie w okolicach godziny dwudziestej trzeciej wędrowało przez centrum Kopehagii coś przypominającego postać ludzką z walizka, wielkim i mały plecakiem i to byłem ja. Myślałem, że nie dojdę (miałem w sumie jakieś 60 kg do przeniesienia - metro pod sam dom mi nie podjeżdża). Dawno nikogo tak nie skląłem jak tych gości z lotniska. Inna sprawa, że gdyby bym normalny to bym wziął taksówkę, ale w końcu zdecydowałem się sam na metro i dojście. O godzinie 23.18 stanąłem przed moją kamienicą na ulicy Esplanaden dzwoniąc do niej a przy okazji chyba budząc sąsiada (mieli takie same nazwisko a numerów mieszkań brak). Po kilku minutach z góry zeszła moja nowa landlady zapraszając mnie do środka. A o tym będzie już następny wpis.P.S. Dopóki nie mam regularnego połączenia do internetu (założę go gdy załatwię wszystkie papiery) to wpisy będą ukazywały się z drobnym opóźnieniem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz