środa, 17 września 2008

Christiania

A właściwie wolne miasto Christiania - czyli autonomiczna dzielnica Kopenhagi znajdująca się na Christianshavn (Port Christiana). Powstała w 1971 roku gdy grupa hippisów zajeła opuszczone baraki w byłej jednostce wojskowej. Miała być to próba stworzenia alternatywnej rzeczywistości zgodnie z ideałami lat 60. Od jej zarania popularne były tutaj narkotyki - i też od jej początków wywoływało to problemy z władzami - zwłaszcza, że przyciągała ona wielu przestępców. Co ciekawe sama komuna od początku próbowała je rozwiązać - sprzeciwiając się sprzedaży ciężkich dragów. Na terenie Christiani w zasadzie nie należy biegać - gdyż gdy to czynisz jesteś postrzegany jako policjant lub złodziej (mówiąc wprost, nie jesteś postrzegany nazbyt pozytywnie). Sama walka z narkotykami ma całkiem zabawne akcenty. Kiedy w roku 2002 rząd wystosował społeczny apel mieszkańców o zapewnienie wszelkich działań, czyniących handel narkotykami mniej widocznym", dealerzy w ramach spełnienia prośby zaczęli
sprzedawać narkotyki w wojskowych mundurach kamuflujących.

Wejście [zdjęci z Wikipedii]

Jej główna ulica to Pusher Street (Ulica Dealerów) gdzie można kupić zarówno haszysz, trawkę, jak i mnóstwo rzeczy związanych zarówno z dragami jak i z kulturą hippisowską (koszulki, szalki, czapki, ba nawet rowery). Władzy średnio się to podoba i właśnie sprzedaż narkotyków jest głównym argumentem za zlikwidowaniem Christianii. Prawo duńskie jednak nie pozwala siłą usuwać dilerów i dzielnica po wielu latach sporów wynegocjowała z w 1995 umowę z Ministerstwem Obrony Narodowej Danii (właścicielem terenu) umowę. Jej mieszkańcy mają tymczasowo zalegalizowany pobyt, za co oczywiście płacą podatki (215 euro miesięcznie od łepka - wbrew pozom to stosunkowo mało jak na Danie).

Samą wysepką rządzą wspólnoty mieszkańców, spotykające się i dyskutujące problemy dzielnicy. Na ich zgromadzeniach czuła by się zapewne świetnie polska szlachta XVII wieczna, gdyż obowiązuje tam zasada liberum veto. Liczba mieszkańców (według rządowego raportu) wynosi 878 (warto zaznaczyć że, w szczytowym okresie Christiani mieszkało tam kilka tysięcy ludzi). Ciekawe jest, ze Christiania się... starzeje. W ciągu ostatnich 10 lat średnia wieku zwiększyła się... o 10 lat. Przeciętny mieszkaniec ma od 30 do 49. Wyjaśnieniem może być to, że w Christiani nie jest łatwo zamieszkać. Gdy pojawia się ogłoszenie, że coś się na niej zwalnia, chętnych jest bardzo wielu. Żeby się dostać trzeba przejść casting... trochę jak u nas gdy się szuka mieszkania we wrześniu.

Wbrew pozorom w Christianii niełatwo zamieszkać. Gdy coś się zwalnia i w lokalnej gazetce ukazuje się ogłoszenie, chętnych jest zwykle kilkudziesięciu. By zdobyć lokal, trzeba przejść swoisty "casting" przed sąsiadami. Nie biorą byle kogo. - By zamieszkać w Christianii, najlepiej związać się z jej mieszkańcem lub zacząć tu pracować i dać się poznać - tłumaczy jeden z mężczyzn. Na mieście oficjalnie pracuje tylko co trzeci mieszkaniec, część żyje z zasiłków, ale trzeba pamiętać, że dealerzy nie rejestrują zwykle swojej działalności w urzędach skarbowych.

Po 30 latach termin Christiania znalazła zastosowanie w skandynawskich mediach - jako wizja utopijnego, w pełni wolnego społeczeństwa.

Po prawo za mną Christiania

Moim zdaniem: Christiania to średnio piękne miasteczko rozwalających się budynków, zniszczonych dróg, gdzie można sobie zapalić jointa i kupić koszulkę z Bobem Marley'em. Jest tam mnóstwo graffiti, np. z meksykańskim bohaterem rewolucyjnym (imię wyleciało mi z głowy) - de facto zwykłym bandytą, niczym Che Guevara, który urósł do postaci legendy. Trudno mi się przekonać, że jest to w jakiś sposób szczególnie miłe miejsce. W zasadzie brudno tam, co jakiś czas przewala się tam szukający rozrywki ćpun, menel czy inny punk. Jeżeli to miejsce nie zmieni swoich zasad na komercyjne stając się atrakcją turystyczną, wymrze razem z jego mieszkańcami i za lat 20 po prostu zmieni się w dzielnicę meneli lub ćpunów, a rząd prędzej czy później to miejsce zlikwiduje. Hippisi to przeżytek, eksperyment społeczny, który nie miał szans się sprawdzić i się nie sprawdził. Christiania nie cofnie czasu i nie zmieni tego - i czeka ją albo zmiana albo degeneracja.

A ja i tak wole XVIII i XIX wieczne dzielnice Kopenhagi, ciekawiej jest spacerować pomiędzy pachnącymi barami, gdy coś jakiś czas napotykamy na piękny Kościół, a klimat przypomina Chicago z pierwszej połowy XX wieku - brakuje tylko czarnych fordów.
Źródła: Gazeta.pl, Wikipedia.

wtorek, 16 września 2008

Cmentarzyska na Østerbro

Aleja zmarłych.

Grobowiec.

Niczym święty dąb ze słowiańskich legend.

Anioł

Najdziwniejsze drzewo jakie w życiu widziałem.

czwartek, 4 września 2008

Ja vs. Dania odc. 1

Tym postem chciałem zacząć cykl wpisów o (podobno) najszczęśliwszym kraju na świecie jakim jest Dania. Z tym najszczęśliwszym to nie jest żaden żart, podobno jacyś naukowcy to badali i tak im wyszło.
Zacznijmy od początku. Dnia 6 sierpnia udałem się do duńskiego departamentu o skomplikowanej nazwie (jak wszystkie duńskie nazwy) w sprawie mojego pozwolenia na pobyt. Samo pozwolenie trzeba wyrobić jeżeli ktoś ma zamiar przebywać w Danii dłużej niż 3 miesiące. Oczywiście tym, że muszę to wyrobić wcale bym się nie przejął gdyby nie to, że jest ono podobno potrzebne do wyrobienia CePeRa. Z resztą po jakimś czasie spotkałem Polaka, z podejściem "papier nie zając nie ucieknie" - po pozwolenie zgłosił się dopiero po roku swojej pracy w Danii. Okazuje się, że żyć można i bez pozwoleń. Wracając do tematu. CePeR to jest numer, prawdopodobnie ubezpieczenia zdrowotnego. W Danii nie da się żyć bez dwóch rzeczy - bez roweru i bez CePeRa właśnie. O CePeRa w niespodziewany sposób mogą zapytać człowieka wszędzie. Chciałem kupić podłączenie do internetu przez sieć komórkową - "przyjdzie Pan jak Pan dostanie CePeRa, bez tego nie moge Panu sprzedać modemu." Duński system bankowy także bardzo dba o nasze zdrowie, gdyż chcą założyć konto musisz się wylegitymować CePeRem. Moim stanem psychicznym i fizycznym są zaaferowane nawet biblioteki, (nie gminne, ale królewskie - swoją drogą ciekawe jakie mają związki z królem?) które nie chcą wyporzyć mi książki bez wiadomego numeru.
Wracając do tematu pozwolenia na pobyt po odczekaniu pół godziny we wspominanym już urzędzie udało mi się złożyć aplikacje w ręce odpowiedniego urzędnika. Co warto zaznaczyć, jakkolwiek duńska biurokracja jest tak samo chora jak polska to urzędnicy są w niej znacznie milsi. Brak za biurkiem pani Jadzi pracujące od 40 lat na tym stanowisku z podejściem: "Czego?! Pan sobie życzy?".
Niemniej, od tego momentu zaczęło się oczekiwanie. Niektórzy moim znajomi dostali owo pozwolenie po tygodniu. Niestety ja i dwie moje koleżanki czekały i czekały. W końcu po 3 tygodniach udałem się ponownie do owego urzędu dopomnieć się o mój złoty dokument. Pan z powagą w oczach powiedział mi, że dokumenty rozpatrują zgodnie z datą złożenia i te z 6 sierpnia zaczną rozpatrywać jutro. Teorię tą lekko popsuła mi wiadomość, że moja koleżanka, którą złożyła podanie tego samego dnia co ja dostała swoje pozwolenie dokładnie tego dnia, w którym Pan powiedział, że owych aplikacji nie zaczęli jeszcze rozpatrywać. Zapewne to jest ta duńska uczciwość, o które tyle słyszałem. Niekoniecznie pocieszającą wiadomością okazały się rewelacje od tej koleżanki, której urzędnicy w dokumencie dodali 20 lat życia (czyżby to była cena za ich pośpiech), co w efekcie spowodowało, że nadal nie ma ona owego dokumentu. Zapewne to jest ta duńska solidność, o której tyle słyszałem. Niemniej urzędnicy poradzili sobie z tym tytanicznym zadaniem jakim było wystawienie mi pozwolenia (nota bene nikt nie musiał podejmować decyzji gdyż z racji tego, że jestem studentem z UE, decyzja w tej sprawie była automatyczna) i po miesiącu otrzymałem odpowiedni papier. Z nim udałem się do kolejnego stopnia piekielnej machiny biurokracji duńskiego... ale o tym będzie już następny post.