Tym postem chciałem zacząć cykl wpisów o (podobno) najszczęśliwszym kraju na świecie jakim jest Dania. Z tym najszczęśliwszym to nie jest żaden żart, podobno jacyś naukowcy to badali i tak im wyszło.
Zacznijmy od początku. Dnia 6 sierpnia udałem się do duńskiego departamentu o skomplikowanej nazwie (jak wszystkie duńskie nazwy) w sprawie mojego pozwolenia na pobyt. Samo pozwolenie trzeba wyrobić jeżeli ktoś ma zamiar przebywać w Danii dłużej niż 3 miesiące. Oczywiście tym, że muszę to wyrobić wcale bym się nie przejął gdyby nie to, że jest ono podobno potrzebne do wyrobienia CePeRa. Z resztą po jakimś czasie spotkałem Polaka, z podejściem "papier nie zając nie ucieknie" - po pozwolenie zgłosił się dopiero po roku swojej pracy w Danii. Okazuje się, że żyć można i bez pozwoleń. Wracając do tematu. CePeR to jest numer, prawdopodobnie ubezpieczenia zdrowotnego. W Danii nie da się żyć bez dwóch rzeczy - bez roweru i bez CePeRa właśnie. O CePeRa w niespodziewany sposób mogą zapytać człowieka wszędzie. Chciałem kupić podłączenie do internetu przez sieć komórkową - "przyjdzie Pan jak Pan dostanie CePeRa, bez tego nie moge Panu sprzedać modemu." Duński system bankowy także bardzo dba o nasze zdrowie, gdyż chcą założyć konto musisz się wylegitymować CePeRem. Moim stanem psychicznym i fizycznym są zaaferowane nawet biblioteki, (nie gminne, ale królewskie - swoją drogą ciekawe jakie mają związki z królem?) które nie chcą wyporzyć mi książki bez wiadomego numeru.
Wracając do tematu pozwolenia na pobyt po odczekaniu pół godziny we wspominanym już urzędzie udało mi się złożyć aplikacje w ręce odpowiedniego urzędnika. Co warto zaznaczyć, jakkolwiek duńska biurokracja jest tak samo chora jak polska to urzędnicy są w niej znacznie milsi. Brak za biurkiem pani Jadzi pracujące od 40 lat na tym stanowisku z podejściem: "Czego?! Pan sobie życzy?".
Niemniej, od tego momentu zaczęło się oczekiwanie. Niektórzy moim znajomi dostali owo pozwolenie po tygodniu. Niestety ja i dwie moje koleżanki czekały i czekały. W końcu po 3 tygodniach udałem się ponownie do owego urzędu dopomnieć się o mój złoty dokument. Pan z powagą w oczach powiedział mi, że dokumenty rozpatrują zgodnie z datą złożenia i te z 6 sierpnia zaczną rozpatrywać jutro. Teorię tą lekko popsuła mi wiadomość, że moja koleżanka, którą złożyła podanie tego samego dnia co ja dostała swoje pozwolenie dokładnie tego dnia, w którym Pan powiedział, że owych aplikacji nie zaczęli jeszcze rozpatrywać. Zapewne to jest ta duńska uczciwość, o które tyle słyszałem. Niekoniecznie pocieszającą wiadomością okazały się rewelacje od tej koleżanki, której urzędnicy w dokumencie dodali 20 lat życia (czyżby to była cena za ich pośpiech), co w efekcie spowodowało, że nadal nie ma ona owego dokumentu. Zapewne to jest ta duńska solidność, o której tyle słyszałem. Niemniej urzędnicy poradzili sobie z tym tytanicznym zadaniem jakim było wystawienie mi pozwolenia (nota bene nikt nie musiał podejmować decyzji gdyż z racji tego, że jestem studentem z UE, decyzja w tej sprawie była automatyczna) i po miesiącu otrzymałem odpowiedni papier. Z nim udałem się do kolejnego stopnia piekielnej machiny biurokracji duńskiego... ale o tym będzie już następny post.
-
1 komentarz:
Z ceprami, panocku, to zawse niemiło.
Prześlij komentarz